Tym razem, zamiast porady, będzie o niechlubnej przypadłości charakterystycznej dla Polaków (choć nie tylko).
Mowa o niedbałym lub błędnym tłumaczeniu na język angielski, choć chciałbym zawężyć ten problem do biznesów, które tłumaczą swoje oferty, opisy produktów i tym podobne na j. angielski. Wspominałem już o tym przy opisywaniu "truskawki maślankowej", ale podobnych przypadków jest o wiele więcej. Prym wiodą w tym restauracje, które tłumaczą swoje menu w taki sposób, że nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Przykładów jes wiele, w tym takie kwiatki jak chociażby "wołowina po pekińsku", którą jedna z restauracji w Krakowie przetłumaczyła na "beef after beijing"...
Porażające jest takie ignoranckie podejście do tłumaczenia. Niezrozumiałym jest, czemu ludzie odpowiedzialni za tłumaczenie czegoś, co ma być wizytówką firmy podchodzą tak niechlujnie do swojej pracy. Albo są leniwi, ale mają to gdzieś, co piszą, sprawdzając jakieś słowo biorą pierwsze z brzegu słowo przełumaczone w słowniku, bez kontekstu, nie prosząc nikogo o sprawdzenie, a sami szefowie wyznaczając chyba pierwszego lepszego pracownika, który powie, że cośtam umie z angielskiego, a nie zlecają tego jakiemuś profesjonaliście, który zna się na rzeczy i wykona swoją pracę rzetelnie, nie narażając nikogo na pośmiewisko.
Dlatego warto pamiętać, że tłumaczenie na język obcy to nie kwestia otwarcia słownika i przetłumaczenia słowo w słowo danego tekstu, tylko jest to odpowiedzialne zajęcie, na którym trzeba się znać, bo nawet jak ktoś twierdzi, że umie angielski, to nie znaczy, że profesjonalnie coś przetłumaczy. Trzeba pamiętać o tym, wybierając osobę, której zleca się tłumaczenie swojej oferty, bo może zrobić więcej szkody niż pożytku.
