
Jak widać na powyższym zdjęciu, wcinam typowego angielskiego pasztecika (meat pie, czyli dosłownie mięsne ciastko) na Fleet Street. Co w tym takiego dziwnego?
Możliwe, że uśmiechnie się pod nosem osoba, której nie obca jest historia Sweeney Todda, o którym więcej można przeczytać na Wikipedii. W skrócie: Sweeney Todd, który według podań mieszkał i pracował właśnie na Fleet Street, zabijał ludzi, z których jego wspólniczka robiła takie typowe paszteciki/mięsne ciastka. Ten na moim zdjęciu był naprawdę dobry ;) Postać ta ostatnio ponownie zyskała na popularności dzięki niedawnemu filmowi Tima Burtona, gdzie w rolę rzeczonego golibrody wcielił się Johnny Depp. Jego też ostatnio widziałem, ale o tym może później...
Generalnie rzecz biorąc, niedawno wybrałem się z żoną na tydzień do Londynu w celach turystycznych. Była to moja druga wizyta w tym mieście (żony - pierwsza) i dzięki niej po raz kolejny miałem okazję osobiście się przekonać o rzeczach, o których uczę moich studentów.
Zacznijmy od samego języka. Jak pisała Ola Brożek w naszym poprzednim artykule, nawet znając dobrze angielski można się nie zrozumieć z niektórymi Londyńczykami (czy w ogóle Brytyjczykami). Jak zapewne większość z Was wie z własnego doświadczenia, czasem jest to prawdą, a czasem nie. Nie miałem okazji rozmawiać z Londyńczykiem władającym Cockney (choć, jak widać na jednym poniższych zdjęć - w typowym pubie byłem), natomiast musiałem się trochę przestawić z książkowego angielskiego na „żywy”. Długo mi to nie zajęło. Wniosek: zrozumieć dany typ wymowy można odpowiednio długo się z nim osłuchując, nawet jeśli głównie zna się standardowy język angielski. Co oczywiście powinno być dla Was zachętą, aby uczyć się angielskiego, np. w naszej szkole, gdzie poznaje się słownictwo, gramatykę, ćwiczy wszystkie sprawności językowe, a ewentualne rozbieżności między wymową typową a lokalną da się zatrzeć odpowiednią praktyką, zarówno na naszych lekcjach, jak i potem w życiu codziennym.

Wracając do pasztecików, to chciałem zauważyć, że nie rozumiem czemu kuchnia angielska uważana jest za nijaką, bądź wprost niesmaczną. Mnie bardzo smakowało typowe angielskie jedzenie: wspomniane już meat pies, fish and chips, English breakfast, scones, cheddar, trifle, chipsy (a właściwie powinienem napisać „cripsy”, bo w British English chipsy to właśnie „crisps”, a „chips” to u nich frytki) o nietypowych smakach, jak sól z octem, i wiele innych. Dla mnie wszystko było pyszne. I, niestety, prawie wszystko niezdrowe. Desery są bardzo słodkie, potrawy są bardzo tłuste. Cieszę się, że miałem okazję raczyć się nimi przez tydzień, ale na dłuższą metę, w trosce o zdrowie i wygląd fizyczny, jeść bym takiego jedzenia nie chciał. Ale każdemu polecam (jeśli ma lub będzie miał taką okazję) osobistą ocenę angielskiej kuchni i wyrobienie własnego zdania na jej temat, a nie tylko posługiwania się obiegowymi (zazwyczaj negatywnymi) opiniami.

Cóż mogę napisać więcej? Widziałem najważniejsze zabytki i miejsca, które warto odwiedzić (wspomnianego wcześniej Johnny’ego Deppa widziałem oczywiście w muzeum figur woskowych Madame Tussauds, gdzie m. in. chodziłem po suficie wraz ze Spider-Manem), oraz spróbowałem angielskich piw. Najbardziej do gustu przypadło mi „ale”, nie przekonałem się do „bitter” ani „cider”. Może następnym razem, jak będę miał możliwość zjedzenia fish and chips w pubie przy szklance któregoś z tych piw…

Mieszkańców Londynu nazywamy Londyńczykami, nie Londyjczykami.
P.S. Przepraszam, że znów się czepiam, ale z racji tego, że stanie na straży poprawności językowej to nieodzowna część mojej pracy, nie mogę odpuścić :-)
Pozdrowienia!